Katarzyna Szyngiera, Sylwia Lasota
Notatki z kwarantanny


mikrozamówienie #21 | 16 października 2020

Sylwia Lasota – artystka wizualna, wykorzystuje różne techniki i media artystycznej wypowiedzi. Studiowała w Danii na Wydziale Grafiki i Animacji Art and Technology – Aalborg University. Zajmuje się grafiką, fotografią, twórczyni filmów wideo, projektantka kostiumów i scenografii teatralnej. Współzałożycielka przestrzeni twórczej Platform 4 w Aalborg w Danii. Współtworzy Grypę Twórczą Flu w Krakowie. Organizatorka festiwali sztuki niezależnej, akcji w przestrzeni publicznej, sytuacji oraz interwencji opartych na badaniach stosunków społecznych. Brała udział w wystawach indywidualnych i zbiorowych, m. in: w Przestrzeni Inicjatyw Twórczych TEKTURA (Lublin 2008), w galerii University College of Northern Denmark (Aalborg 2010-2012). Przygotowywała kostiumy do spektaklu ,,Bajki Robotów” w reż. Agnieszki Olsten i ,,Jedzonko” reż. Katarzyny Szyngiery (Teatr w Krakowie im. J. Słowackiego), stworzyła scenografię i kostiumy do spektaklu ,,Bez czułości” w reż. Zofii Zoń (Teatr w Krakowie im. J. Słowackiego 2018).

Katarzyna Szyngiera – reżyserka, absolwentka Wydziału Reżyserii Dramatu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie oraz kursu Studio Prób w Szkole Wajdy. Współpracowała z teatrami w całej Polsce, m.in. z Teatrem im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, Teatrem Polskim w Bydgoszczy, Teatrem Współczesnym w Szczecinie, Wrocławskim Teatrem Współczesnym, Teatrem im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. W ramach projektu WFDiF „Teatroteka” zrealizowała teatr telewizji „Zgaga”. Reżyserka wielokrotnie nagradzanego spektaklu „Lwów nie oddamy!” (Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie), którego scenariusz powstał w efekcie pracy badawczej wraz z dramaturżką Olgą Maciupą, semiotykiem kultury Marcinem Napiórkowskim i reporterem Mirosławem Wlekłym. W interdyscyplinarnej instytucji kultury Biennale Warszawa przygotowała spektakl „Uchodźczynie” współtworzony przez aktorki oraz poszukujące w Polsce schronienia kobiety z Iraku, Czeczenii, Tadżykistanu, Dagestanu i Kirgistanu. Reżyserka spektakli „Bóg w dom” oraz „Swarka” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy opartych na reportażach, których jest współautorką z Mirosławem Wlekłym, publikowanych w Magazynie Reporterów „Duży Format”. Laureatka nagrody głównej festiwalu Koszalińskie Konfrontacje Młodych „m-teatr” 2015 za spektakl „Świadkowie albo nasza mała stabilizacja” zrealizowany w Teatrze Współczesnym w Szczecinie na podstawie dramatu Tadeusza Różewicza. Wraz z Mirosławem Wlekłym nominowana do Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej za reportaż „Swarka”.

Praca powstała jako część cyklu „mikrozamówienia” realizowanego przez Jasną 10: Warszawską Świetlicę Krytyki Politycznej. w ramach programu „Centrum Jasna” finansowanego ze środków Miasta Stołecznego Warszawy.

Kurator: Wojtek Zrałek-Kossakowski

dzień pierwszy

Dzwonię do lekarza rodzinnego.
Lekarz: Był kontakt z pozytywem?
Ja: No tak, nawet z dwoma.
Lekarz: Jakie pani ma objawy?
Ja: Podwyższoną temperaturę, bóle mięśni i okropny ból głowy.
Lekarz: Nie wypiszę pani skierowania na test, bo się pani nie kwalifikuje.
Ja: Ale czy pan sądzi, że mogę mieć koronawirusa?
Lekarz: Tak, raczej pani ma.
Ja: To dlaczego nie skieruje mnie pan na test?
Lekarz: No bo ja mam tu napisane, że trzeba mieć temperaturę powyżej trzydziestu ośmiu stopni, bóle mięśni i duszności. A pani mi powiedziała, że pani nie ma duszności. Musiałbym skłamać w dokumentacji.
Ja: To jak mam zrobić test?
Lekarz: Jak ja panią skieruję na test i pani nie miała duszności, to ja będę oddawał za to pieniądze.
Ja: Jeżeli mam koronawirusa i wyjdę do ludzi w środę czternastego, bo mi się skończy kwarantanna, to czy ja będę zarażać?
Lekarz: Tak.
Ja: Acha.
Lekarz: Nikogo nie obchodzi, czy pani będzie dalej zarażać. Teraz strategia nowego ministra jest taka, że mamy się zarażać. Ja nie mam czasu na pogaduszki.

W zasadzie to nie był mój lekarz rodzinny, tylko lekarz rodzinny mojej rodziny. Niestety nie pamiętam, kto jest moim lekarzem rodzinnym. Nie byłam u niego od sześciu lat, kiedy podczas pierwszej wizyty odmówił mi skierowania na rutynowe badanie krwi mimo wrodzonej niewydolności nerek i nadczynności tarczycy. Próbowałam dziś od rana dodzwonić się do przychodni, która mieści się na podwórku pod moim domem. Kilkadziesiąt razy wybierałam numer i za każdym razem sytuacja wyglądała dokładnie tak samo: najpierw automat informował mnie, że jestem piąta w kolejce, potem czwarta, trzecia, druga, pierwsza, a następnie, kiedy przychodziła moja kolej, rozmowa się rozłączała.

Podświadomie myślę, że chodzi o odległość: jestem oddalona od domu trzysta kilometrów w linii prostej na południowy wschód. Czasami telefon łapie tu sieć ukraińską i wtedy trzeba go wyłączyć i włączyć, żeby nie nabijało roamingu. Tu też jest dom. Nie jest to miejsce niczyjego urodzenia ani stałego zamieszkania, dlatego nazywamy je daczą lub ranczem. Pradziadkowie mieszkali tu przez chwilę, kiedy z różnych przyczyn nie mogli już dłużej zostać w swoim domu w Ukraińskich Karpatach i wtedy pradziadek posadził tutaj drzewa.

Sylwia zdejmuje skórkę z orzechów i podaje Zosi. Ja jem ze skórką. Są wybitne.

Mamy pełną lodówkę. Pojechałam na zakupy wczoraj wieczorem – od razu jak tylko zadzwonili, że wynik aktorów jest pozytywny – zanim ktokolwiek się zorientuje, że mi nie wolno. Czułam się jakbym oszukiwała w grę planszową.

Pośpiech był mocno przesadzony, bo Sanepid wciąż nie poinformował Teatru, że jest objęty kwarantanną. Jak to powiedział Dyrektor: są obsunięcia. Czekamy.

dzień drugi

Sylwia pyta na jak długo traci się smak i zapach. Nie wiemy.

Robimy sobie selfie w aplikacji KWARANTANNA. Puszczamy oczka. Zosia robi Sylwii różki.

Ciagle ktoś do mnie dzwoni oferując pomoc, a nikt realnie nie może mi pomóc.

Odmówiły mi telekonsultacji trzy przychodnie w okolicy. Do mojej przychodni w Warszawie dalej nie można się dodzwonić. Napisałam mejla. Odpisali. Skreślono mnie z listy pacjentów, bo nie chodziłam do lekarza. Podobno nie mają prawa tego robić. Napisałam im to, ale raczej niewiele to pomoże. W przychodni koło rodziców w Gdańsku pani w rejestracji mnie wyśmiała: ostatni raz byłam tam w dwutysięcznym roku. Kiedy poprosiłam o rozmowę z lekarką, która leczyła mnie w dzieciństwie, pani zaczęła krzyczeć: Czego pani tu szuka?! Odpowiedziałam: Ratunku. Ona: Proszę nie tragizować, ja mam dziewięć chorób i żyję. Popłakałam się.

Moja kuzynka przywiozła siatkę soków malinowych. Nielegalnie weszła na podwórko, po czym wyznała konspiracyjnie, że miała już koronawirusa i się nie boi.

Okropnie boli nas głowa.

Tadek pisze: Strzel tez kielicha aha i nie zmieniaj chłopów przez miesiąc taka terapie zalecał Lubaszenko.

Rzeczniczka Praw Pacjenta:
– Kim pani jest z zawodu?
– Reżyserką.
– No właśnie. Zrobić film o tym!

Jestem wykończona telefonami do różnych jednostek NFZ.

Piekarnik wywala korki i nie można upiec dyni. Chyba myszy przegryzły kabel.

Potwornie boli nas głowa.

Zosia robi rzeźby z plasteliny.

Pojawia się we mnie taki dziwny lęk o te rzeczy co ich w życiu nie zrobiłam: czy je zrobię. Nie znałam tego lęku w takim natężeniu.

Cztery godziny poprawiałam swój biogram do katalogu Festiwalu Interpretacje. Plączą mi się słowa.

Dziś się nie myjemy, no bo tak codziennie to jakoś szkoda wody.

Sylwia mówi, że bardzo bardzo bardzo boli ją głowa. Idzie spać.

Pani z Sanepidu właśnie przysłała mi mejla z przeprosinami, że nie mogą mi zrobić testu, bo nie mogą. Jest 22, a Sanepid pracuje do 15. Szok. Nasza znajomość zaczęła się wczoraj od rozmowy telefoniczej i jej spostrzeżenia, że skoro jestem z Warszawy, teatr jest w Rzeszowie, a kwarantannę spędzam pod Przemyślem, to nikt za mną nie będzie tu latał. Teraz rozumiem, że po prostu jest szczerą osobą.

Zrobiłam sobie gorącą kąpiel i okryłam się czymś dziwnym co jest jakby futrem jakiegoś zwierzęcia. W kominku rozpaliłam ogień, dorzucam szczapy drewna. Czuję się jakoś tak pierwotnie.

dzień trzeci

Ciocia Misia dzwoni, że mam brać witaminę D3 conajmniej 2000 jednostek i ćwiczyć jogę, żeby nie zgnuśnieć.

Bardzo silny ból oczu.

Zadzwoniła pani z przychodni w Warszawie, że moja nowa lekarka rodzinna będzie dzwoniła około południa.

Elektrolity – raz dziennie.
Paracetamol 3×500 mg.
Ibuprom 3x 1 tabletka.
Wit D 2000.
Wit C 1000.
2-2.5 l płynów na dobę.

Antybiotyk w razie duszności raz dziennie przez 6 dni.

Numer na antybiotyk 7976.
Numer do testu 2630244.

Zosia mówi, że święty Franciszek unicestwił wilka i uratował wioskę. Wilk był bardzo groźny i rozszarpywał ludzi na strzępy.

Aplikacja KWARANTANNA każe nam robić kolejne selfie.

Pieczemy ziemniaki w kominku.

Strzelałyśmy pokemonem.
Jadłyśmy orzechy.
Obsiadały nas motyle.

Ciocia Lusia przysłała pierogi i rosół, a ciocia Basia pierogi, szarlotkę i chleb.

Problemy jelitowe.
Ból całego ciała. Najgorzej plecy.
Bezmózg.
Zosia i Sylwia pokłóciły się.

Pranie pojechało do Justyny. Ma wrócić czyste.

Najbardziej dojmujące jest to uczucie rzeczywistości szybko przelatującej jakby za szybą.
Trudno ją dogonić w tym stanie. Zanim się rozbudzisz jest już znowu noc.

dzień czwarty

Cały dzień śpię.
Ogromne problemy z oddychaniem.
Absolutny brak sił.

Wstałam pozbierać gruszki.
Zadzwoniła ciocia Lusia i mówi, że dałaby mi twarogu, ale chwilowo nie ma, bo krowa jest wysokocielna, bo krowa musi mieć cielaczka, bo w przeciwnym razie byczeje i jest z nią kłopot, tak jak było z poprzednią krową, tak, tak, pamiętam, a już jest nowa krowa, acha, bo musi być krowa, no tak, bo ciocia nie miałaby po co wstawać rano.

Sylwia ma sraczkę.

Ola pisze: czuje się przez cały czas tak samo, czyli chujowo.

Obsesyjnie boję się, że zgubię numer na test. Co chwilę sprawdzam w telefonie, czy wciąż go mam. Najchętniej bym go sobie wytatuowała.

Ciocia Lusia przysłała nam soki z mlecza i leki osłonowe na żołądek dla Sylwii.

Cholerna aplikacja KWARANTANNA znowu coś od nas chce.

Ola pisze, że ma wynik pozytywny.

Oglądamy wspaniały spektakl Rozy Sarkisan i Joanny Wichowskiej H-effect. Wzruszył mnie. Za każdym razem mnie to poraża, że w Ukrainie ludzie w naszym wieku muszą realnie zmagać się z doświadczeniem wojny. W Ukrainie, czyli dziesięć kilometrów stąd.

Szukam używanej pralki do kupienia w okolicy.

Kąpię się, bo przecież jadę jutro rano na test. Sylwia śmieje się, że powinnam założyć swoje kolczyki – złote koła z ukraińskiego bazaru.

dzień piąty

Sylwia – perypetie żołądkowe.
Ja – duszności.
Mamy koszmary.
Sylwii śnił się przyjaciel, który zmniejszył się do wielkości karła i wydawało jej się, że jest pociskiem.
Mi śniła się obława na granicy. Budziłam się i nie wiedziałam, czy to się dzieje naprawdę. Słyszałam psy i krzyki. Widziałam światła, takie snopy świetlne – szperacze. Okna mojego pokoju nie są skierowane w stronę granicy. Sama nie wiem.

Dziwnie było gdzieś pojechać. Pani zrobiła mi wymaz z nosa, nie zrobiła z gardła. Martwi mnie to.

Wzięłam antybiotyk. Pocę się bardzo intensywnie.

Justyna przyniosła tulipany, żeby było nam miło.

Selfie dla aplikacji: wyglądamy tak źle, że gorzej już się nie da wyglądać.

Duszności na chwilę osłabły. Mogę oddychać względnie normalne i skupić się na czytaniu. Przyjemnie.

Dziewczyny oglądają albumy o okolicy. Marzą o wycieczce. Chętnie bym je zabrała, bo kocham te tereny przypadkiem pozostawione w Polsce, choć położone są na wschodnim brzegu Sanu, a przed wojną większość ludności stanowili tutaj Ukraińcy. Ktoś miał taką fantazję rysując kreskę na mapie w rejonie, którego nigdy nie oglądał nawet w albumie: liczne zakola rzeki sprowadził do prostej linii. Gdyby decydenci byli bardziej dokładni w sztuce kartografii, pisałabym teraz te notatki cyrylicą, którą i tak tu wszyscy czytają.

Znowu się duszę. Boję się. Leżę i patrzę w ogień. Myślę o Anielce co ją wsadzili do pieca.

O północy przyszyli chłopcy ze wsi z wódką. Chcieli się napić. Otworzyłyśmy okno i chcieli wskakiwać. Powiedzieli, że nie boją się koronawirusa. Z trudem udało się wynegocjować picie po kwarantannie. Zostawili na parapecie niedopite piwo.

dzień szósty

lepiej gorzej lepiej gorzej lepiej gorzej lepiej gorzej

Nie ma wyników testu.
Dyrektor zrobi za mnie jutro wznowienie Jedzonka.
Oksana pyta: co u nas.
Nikt nam dzisiaj nic nie przyniósł.
Aplikacja KWARANTANNA.
Dreszcz graniczny.
Duszności.
Deszcz.
Dwadzieścia siedem bezskutecznych logowań do serwisu z wynikami badań.

dzień siódmy

Wczytuję dane. Brak wyników badań do pobrania. Niestety jeszcze nie możesz pobrać wyników zamówionych przez ciebie badań. Dlaczego? Pliki nie zostały jeszcze przygotowane przez nasze laboratorium. Bez obaw, wyniki będą dostępne do pobrania najszybciej jak to możliwe.
Klikam w ikonkę ROZUMIEM, bo nie ma innej.

Dzwoni Kama i mówi, że z badań amerykańskich naukowo wynika, że u pacjentów z COVID następuje poprawa po wlewach z witaminy C: Sama nie wiem, czułabym się jak najgorszy płaskoziemca zlecając to umierającym ludziom. Każe nam brać trzy razy dziennie dawkę po 1000 mg.

Czuję się już odrobinę lepiej. Bardzo potrzebuję świeżego powietrza, bo lżej mi się wtedy oddycha. Siadam na ławce przed domem i patrzę na sad. Cisza. Co jakiś czas z drzewa spada orzech albo gruszka, wpada z charakterystycznym szelestem w trawę i wydając tępy dźwięk zderza się z ziemią.

Loguję się do serwisu z wynikami badań: j.w.

Czyszczę kominek z popiołu i przynoszę drewno do palenia.

Aplikacja KWARANTANNA – selfie.

Zosia pyta, czy zrobię jej jutro pomidorową.

Sylwię wciąż okropnie boli głowa.

Jem ostatnią kromkę chleba od cioci Basi i na dnie torebki znajduję list na kartce wyrwanej z zeszytu w kratkę:
Kasia chlebek wyrósł
i spirala trochę przypaliła
pierogi są z ziemniaków
kaszy szpinaku i 10 z
grzybami jak się boisz
to te z grzybami nie jedz
Kasia wracaj do zdrowia
pozdrawiamy Cię i kochamy
może nadejdą lepsze
czasy to się spotkamy
i wtedy pogadamy
trzymaj się buziaki.

Po raz sto trzydziesty ósmy loguję się do serwisu z wynikami badań: j.w.

Północ.
Aplikacja informuje mnie: Twoja kwarantanna w aplikacji KWARANTANNA domowa została zakończona.
Mogę zakładać ukraińskie złote koła i ruszać na wieś.
Michałówka by night.

dzień ósmy

Loguję się do serwisu z wynikami badań: negatywny.

Próbuję dodzwonić się do przychodni: jestem piąta w kolejce, czwarta, trzecia, druga, pierwsza, a kiedy przychodzi moja kolej, rozmowa rozłącza się.
Jeszcze raz.
Jeszcze raz.
Jeszcze raz.
Jeszcze raz.
Jeszcze raz.

Koło południa dzwoni lekarka i informuje mnie o wyniku badań.
Lekarka: Najpewniej ma pani zapalenie oskrzeli.
Ja: A utrata smaku i duszności?
Lekarka: To przypadek.
Ja: A fakt, że trzy osoby z naszego zespołu są zdiagnozowane pozytywnie, a trzy kolejne zostały skierowane na test?
Lekarka: Nie wszyscy się zrażają.
Ja: Nie niepokoi pani, że ja jednak mam objawy?
Lekarka: Nie.

Taktyka optymizmu zwycięża.