Przemysław Pilarski
Wieczór tradycyjnych pieśni gejowskich


Przemysław Pilarski – dramatopisarz, scenarzysta, dramaturg, dziennikarz. Laureat 25. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej – za najlepsze teksty biorące udział w konkursie (2019) – a także m.in. Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej (2018) i konkursu „Metafory Rzeczywistości” (2016). Autor dramatów wystawianych i publikowanych w kraju i za granicą. Współautor książek „Sztuka obsługi penisa” (2018) i „Jak facet z facetem. Rozmowy o seksualności i związkach gejowskich” (2016). Stypendysta Ministra Kultury. Tłumaczony m.in. na angielski, niemiecki, gruziński, białoruski, włoski, rosyjski. Mieszka w Łodzi.

fot. archiwum własne

Praca powstała jako część Programu Wsparcia Środowisk Twórczych realizowanego przez Jasną 10: Warszawską Świetlicę Krytyki Politycznej w ramach programu „Centrum Jasna” finansowanego ze środków Miasta Stołecznego Warszawy.

Kurator: Wojtek Zrałek-Kossakowski

Osoby:
1, 2, 3, 4, 5…

7 sierpnia. Pamiętamy.

PRAY, WORK, POSE (PROLOG)

EMCEE:
The category is… Poland!

Oto wychodzi pierwszy.

W czapce z piórem na głowie. Lecz nie z piórem w dupie. I w kontuszu przepasanym pasem słuckim, litym, przy którym świecą gęste kutasy jak kity.

Pod nosem wąs, w dłoni szabelka, na plecach skrzydła husarskie.

I tymi skrzydłami potrząsa!

I szabelką – niby żartem – grozi!

I wąs podkręca! I obcasem stuka!

A puszy się, a napawa!

I tylko Boga się boi. (Czasem Niemca.)

Jaką piosenkę zaśpiewa?

A jednak, „I will survive”…

Gdy śpiewać kończy – odchodzi. I potyka się o buty z czubem swoje, polskie – i upada.

Ale już drugi wkracza. Cały w bieli.
A twarz szeroka, szczera – Polaka swojaka zdradza.

Macha, macha, błogosławi, macha, macha, błogosławi.
W pierścień całować się pozwala.

A poucza! A nawraca! A aktorzy! A udaje!
A przekomarza się! A ignoruje!

A nagle klęka, a ziemię cmoka, a wstaje.

Jaką piosenkę zaśpiewa?

A jednak, „I will survive”…

Gdy śpiewać kończy – odchodzi. I uderza w niego meteoryt – i upada.

Oto i trzeci się zjawia.

Ach, jak on tańczy na lodzie!
A wdzięczy się!
A umizguje!

A różne pozy przybiera!

Najpierw jakby do ołtarza z panną szedł.
Za moment na kolanach obciąga!
Najpierw hajluje.
Zaraz, by obronić demokrację, skacze!

Tu z racą, tam z różańcem!

Tu pod postacią kibola, tam: dwugłowego kaczora.

Zmienno-niezmienny.
Za każdym razem inny – ale spójny.
Ot, hybryda.

Jaką piosenkę zaśpiewa?

A jednak, „Rota”… (Czy wie, że napisała to lesbijka?)

Gdy śpiewać kończy – odchodzi. I dowiaduje się, że Rosji nie jest już potrzebny – i upada.

Na ten upadek nie zważając – czwarty na scenę wkracza!

W paradnym stroju
wieniec ze słomy niesie!

W słomę kiełbasy, miody powtykane, futra z norek.

Cieszy się, lecz tylko dla siebie się cieszy.
Obchodzi, lecz tylko siebie obchodzi.

Więc nagle ów wieniec ozdobion
on w kupę gnoju przemienia!
Gdzie może, tam w złości rozrzuca.

Strach by chciał budzić. Lecz nie budzi.

Skrzywdzony i poniżający:
słabszego łapie, na gnój ów wsadza i upadla.

Jaką piosenkę zaśpiewa?

A jednak, „I will survive”… (Nie chce być gorszy.)

Gdy śpiewać kończy – odchodzi. Duma go przez chwilę trzyma – w dawnych czasach skalpem z pozostałych zdjęta. Ale bez nich nie istnieje – więc i on upada.

A jako piąta wchodzi polska ciota.

Oj!
Jak toto wygląda!
Dajcie spokój.

Szara cisza za oknem.

Brokaty, tęcze, wersacze
zostawiła w domu.

Bo się boi.

EMCEE:
And pose, and pose, and pose, and pose, and pose, pose, pose, pose…!

Nie chce prowokować, więc przegrywa.

Chce żyć.
Ale nie wierzy w swoją siłę.

A siłę ma.
Nie wiesz nawet, jak wielką.
„Queer power” to po polsku „dziwna moc”.

7 sierpnia 2020 roku
nie wybuchło.
Lecz zaczęło pełznąć.

Tego orgazmu nic już nie powstrzyma!

Chwila jest bliska.
W tej chwili
ciota pieśń ciotowską zaśpiewa.

I. KREW NA PEDALE

1:
Masz krew na pedale.

2:
Co?

1:
Leci ci.

2:
Kurwa!
Dali mi za ciasne buty.
Zawsze dają mi za ciasne buty.

1:
Zaklej.

2:
Potem.

1:
Bo się zrobi zakażenie.

2:
Niech leci.

To miała być

optymistyczna opowieść

o pedałach

z powodu reality show kręcenia
odciętych zupełnie od świata.

W tej scenie są na wyprawie rowerowej.

Mieliśmy ich tu poznać,

lecz im zabrałem imiona.

7 sierpnia stwierdziłem,
że tego nie napiszę.
Bo bez sensu.

Bo wydarzyło się

prawdziwe

i nie trzeba już
fantazjować.

(Ale też, bo
nie miałem po tym wszystkim siły.)

1:
Przestań mi tu, kurwo, imposybilizm uprawiać.

7 sierpnia przed południem
wróciłem do Łodzi. Z Warszawy.
Pełen dobrej energii, tak się mówi.
Bo miałem w tej Warszawie
bardzo dobre spotkania.

Po południu przykleiłem się do internetu.

To był piątek.
Nie mogłem się odkleić
aż do poniedziałku.

Psiarnia
urządziła
sado-maso show
na Krakowskim Przedmieściu.

Pierwszy raz w historii Polski
pedały uniosły pięści.

Krzyczeli „Jebać psy”, krzyczeli „Zdejmij mundur, przeproś matkę”, krzyczeli „Uwaga, uwaga, tu pedały”… boże mój, urojony, czegóż oni nie krzyczeli. Tak ujawniała się ta dziwna, pedalska moc.

Siadali na radiowozie, szarpali się z policją. Czy to było zbyt radykalne? Nic nie jest zbyt radykalne, gdy doświadczasz systemowej przemocy. „Kiedy państwo mnie nie chroni, mojej siostry będę bronić”. To krzyczeli także. To bolesne.

Brutalność policji nieprawdopodobna, zatrzymywanie również przypadkowych ludzi, przechodniów, wywożenie wszystkich w nieznanym kierunku.

Bicie w radiowozach. Poniżanie na komendach. (Białorusizacja Polski.)

To nie było Stonewall. Bo nie jesteśmy zachodem. (Białorusizacja Polski.)

Nikt pierwszy nie rzucił kamieniem.

Ale mimo wszystko.

Coś drgnęło.

I już tak samo
nie będzie.

II. PEDAŁY POSZŁY W LAS

3:
A poszedłbyś do partyzantki walczyć?

4:
Za Polskę?

3:
Za siebie.

4:
Za siebie tak.

3:
Za Polskę nie?

4:
To zależy, czy ta Polska
byłaby po mojej stronie.

3:
A gdyby przeciw Polsce
trzeba było iść do partyzantki,
co?

4:
Żeby za siebie walczyć?

3:
Za siebie.

4:
Pewnie, że bym poszedł.

3:
Ja też.

Ale i za Polskę
byłaby ta walka
jednocześnie.

III. NAJWIĘKSZE MARZENIE NIEMOŻLIWE DO SPEŁNIENIA: NIE URODZIĆ SIĘ W POLSCE. NAJWIĘKSZE MARZENIE MOŻLIWE DO SPEŁNIENIA: NIE UMRZEĆ W POLSCE / PEDAGOGIKA WSTYDU

Ja przez całe swoje życie
walczę z Polską o siebie.
Albo nie.

To Polska walczy ze mną
przez całe moje życie.

Gówniarskie? Przesadzone? Histeryczne?
Skąd.

Musiałem przecież dojrzeć
do tego rozpoznania.
(Syndrom sztokholmski.)

Pedały to niekochane dzieci Polski.

Intuicję miałem dobrą. Wyprowadzić się. Ale nie z Warszawy trzeba było, tylko za granicę. Myślałem, że wystarczy odsunąć się od tych kości pod domami pogrzebanych, kotwic powstańczych wszędzie, miejsc pamięci rozlicznych. Demonstracji i przemarszów. 11 listopada, 1 sierpnia. Od terroru zmarłych chciałem uciec. Ale 7 sierpnia się wydarzył. Koniec złudzeń. Teraz myślenia tamtego, swojego w sensie, nie rozumiem.

W Łodzi też przecież jest Polska. A gdzie Polska jest, tam się dojeżdża po polsku.

2:
Ej, opowiem anegdotę! Z Pragi, czeskiej.
Przyjechały od nas chłopaki. Moi znajomi, nie? Para. Chodzili, trzymając się za ręce. Chodzili, chodzili, chodzili. Wszystko spoko. Nagle: „Ty, patrz, kurwa, pedały”.
Usłyszeli za sobą.
Po polsku.

Pisał Kafka do Mileny Jesenskiej:„Czy nie jest zrozumiałe, że odchodzi się z miejsc, gdzie się jest tak znienawidzonym […]. Bohaterstwo polegające na tym, żeby jednak zostać na miejscu, jest bohaterstwem karakonów, których też nie można wytępić w łazience”*.

Żydzi mogli po 68 roku zapomnieć. Budować w innych krajach nowe życie.
Tylko antysemityzm
po nich tutaj został.
Ale po tym,
jak my stąd wyjedziemy,
to, choćby episkopat się zesrał,
będą się rodziły na tej ziemi, tej ziemi,
nowe pokolenia pedałów.

Prześladowanych przez rodziny, przez społeczeństwo, przez ojczyznę.

Kto im okaże wsparcie, kiedy nas nie będzie?

Ucieczka nie rozwiąże sprawy.

1:
Możesz wyjechać z Polski, ale Polska
nie wyjedzie z ciebie.

3:
Chyba że po latach terapii.

Do 22 października
byłem pełen przeczuć jak najgorszych.

Przez wiele dni po 7 sierpnia
byłem w stanie politycznego pobudzenia.
I depresji.

Wystarczy, że przyjdzie kryzys – a przyjdzie – i zaczną nas zabijać, zaczną robić regularne pogromy.

Zamiłowanie do pogromów
Wyssali Polacy z mlekiem matki.

Polacy są w pogromach najlepsi.

Polacy mają pogromy
we krwi.

Więc skoro mordowali wracających z obozów sąsiadów,
Żydów, ale też przecież Polaków,
LUDZI
to dlaczego nie mieliby zabijać
wskazywanej paluchami przez kościół**,
polityków,
zagrażającej ich rodzinom
ideologii?

Czy gdyby mi kazali wykopać sobie grób, rozebrać się do naga i do niego wejść, to bym sobie grób wykopał, rozebrałbym się do naga i do niego wszedł?

Takie rozkminy miałem
w tamtych dniach.

Szczególnie w sierpniu.

(Pojebane, wiem.)

Takie mi się
rozpostarło
pod czerepem (rubasznym)
najbardziej polskie z polskich
imaginarium.

Nie dawało się przegonić.

(W tym miejscu
chciałbym serdecznie pozdrowić
wszystkie osoby LGBT
głosujące na Dudę, na PiS
i z satysfakcją
opowiadające o tym wywiadach.

W tym miejscu
chciałbym serdecznie pozdrowić
wszystkich,
zwłaszcza tych i te z lewej strony,
histerycznie krzyczących i krzyczące w swoim czasie
„Nie straszcie nas PiS-em!”.

Co u was?)

Ale może tak miało być.

Może trzeba przez to przejść.

Historia przyzna nam rację!

Takie rozkminy
miałem także.

I czekałem na rozwój wydarzeń.

(Czasem tylko
nie chciałem dłużej
czekać.)

Zupełnie nie wiedziałem, co jest owocem lęku,
co przeczuciem
a co fałszywą nadzieją

w tym świecie ogarniętym
alt-rightową pandemią.

I jeszcze wybuchły protesty na Białorusi, którą odwiedzałem, w której mam znajomych, w której miałem czytania.

Tam się zadziało. Tam przestało wisieć w powietrzu.

Solidarny z Białorusią.
Załamany Polską.

1:
No dobra, a co z nami?
Też czekamy.

2:
Pisz!
Nie poddawaj się, bo to żałosne w chuj.

4:
Nie wolno zabijać muminków.

IV. KONIEC HISTORII NARODU POLSKIEGO, TAK JAK ŻEŚMY GO DOTĄD POSTRZEGALI

Pomysł na tekst o pedałach
powstał jakoś w czerwcu.

Ale nie umiałem o tym myśleć
w „nowych okolicznościach”.

Rozpadła się ta moja zgrabna historyjka.

Nie potrafiłem fantazjować w bezsilności.

Pogrążyłem się w beznadziejnych myślach.
(Patrz wyżej.)

Na dodatek po tym, jak zjechali Masłowską***,
bo dosłownie przeczytali to, co ewidentnie niedosłowne było,
strach było napisać coś w zabawnym tonie
NA POWAŻNY TEMAT.

Margot, gdy pokazała fucka****, wielu chciało zaprowadzić na szafot.

Ławo upadały królowe.
Taki był dziwny czas.

Wszyscy nagle jakby
przestali znać się na ironii.

Wszyscy nagle tacy poważni się zrobili, nie można było toczyć żadnej beki, od razu kładli na stół swe cierpienia, obdukcje i zwolnienia L4; świadectwa prześladowań i depresji.
(Patrz wyżej.)

A przecież ironia też jest bronią.
Branie w nawias, podważanie, obśmiewanie, rozmontowywanie znaczeń – jest strategią.

Licytowanie się na męczeństwa, jakie to arcypolskie.

Gdy 22 października
wybuchł na ulicach Strajk Kobiet,
kultura beki wróciła.
Na szczęście.

Ale przede wszystkim wróciło coś jeszcze.

7 sierpnia wprawił nas w rewolucyjne drżenie, które uchodziło każdego dnia, najpierw nieznacznie, potem coraz szybciej, byśmy wreszcie ocknęli się i ocknęły w miejscu, w którym wszystko się zaczęło – czyli niby w tym samym miejscu. Ale nie w tym samym jednak.
Bo za jakiś czas nadszedł październik.

I skończyło się odrętwienie.

A ja z euforią, a nie z przerażeniem,
spojrzałem wtedy na sierpień
i stwierdziłem, że

tak miało być.

Trzeba było przez to przejść.

To był nieodzowny etap.

Teraz, pisząc te słowa
w środku dziania się rzeczy,
i nie wiedząc, co za moment się zadzieje,
mogę chyba – zgodnie z pierwotnym zamiarem – oddać się fantazjowaniu.
I nadziei.

3:
No!

Teraz to jasne:
dzięki ofensywie faszystowsko-katolickich troglodytów
nastąpiło wreszcie przebudzenie.
Lata wcześniejsze to był letarg.
Dopiero gdy do dupy ci się dobierają,
musisz reagować albo zginiesz.
Nie tak?

Droga wiedzie przez gówno.

[Di Liebe brent wi a nase Szmate – „Bella ciało, ciało, ciało”]

4:
Uwaga: dobry zakręt.

Minęło trochę czasu,
odkąd cała Polska
oburzała się na plakaty
z parami jednopłciowymi
trzymającymi się grzecznie za ręce.
(W tamtych czasach w „Wyborczej” publikował ksiądz Oko).

Chwilę później policja
pod wodzą Ludwika Dorna
(obecnie demokraty i tłumacza Yeatsa)
spacyfikowała Marsz Równości w Poznaniu.

A teraz?

Niemal każdego dnia
na ulicach polskich miast
powiewają
tęczowe flagi.

A pedały
różnej płci (albo bez płci)
i różnej maści
nie boją się
wykrzykiwać politykom, księżom i policji
prosto w ryj,
że nie będą się dłużej wstydzić.

Od mówienia „Jesteśmy tacy jak wy”
przeszliśmy do mówienia „Jesteśmy tacy jak my i wypierdalać”.

Tak, to daje nadzieję.

To może być nowa Polska.

5:
/śpiewa/
Współczesny świat
Jest pełen wrogich
Postaw
Wobec nas

Współczesny świat
Nam oferuje
Tylko
Strach
(I może też azyl w Norwegii)

Współczesny świat
Nie wierzy łzom
I w zoo
I…
(Jak byłem dzieckiem, myślałem, że on śpiewa „świat nie wierzy w zoo”, serio)

Współczesny świat
Ubliża nam
I truje, ach!

Zmień piec
Ja mówię ci
Zmień piec
Zmień piec
Nie grzej tym starym się
Są inne ciepła
Bardziej ciepłe

Zmień piec
Ja mówię ci
Zmień piec
Zmień piec
Nie grzej tym starym się
Pozbądź się go
Stać cię na więcej

Bez 7 sierpnia
nie byłoby 22 października.

Nie byłoby języka, kształtu tej jesiennej rewolucji, gdyby nie język i forma działań Stop Bzdurom oraz innych queerowo-anarchistycznych aktywistek.

Nagle ten język, który wkurwiał burżuja, gdy posługiwało się nim wkurwione pedalstwo, przestał burżuja wkurwiać, gdy zaczęły się nim posługiwać wkurwione kobiety.

Ziarno wykiełkowało.

V. NA TERYTORIUM WROGA

2:
A jak byliście dziećmi, to co chcieliście robić w życiu?

1:
Jak byłem dzieckiem,
to chciałem być kosmonautą.

2:
Tak? Ja gwiazdą.

3:
A ja nauczycielką.

2:
Kobietą?

1:
Co w tym złego?

2:
Tylko pytam!

3:
Nauczycielką albo księdzem.

1:
Kiecki cię kręcą.

3:
Rytuały, ceremonie.

Bawiłem się w prowadzenie lekcji

albo w odprawianie mszy.

2:
Teatr.

1:
A w przegląd wojsk? Musztrę?

2:
Szczeniackie.

1:
Nieprawda!

3:
Gdybyśmy założyli oddział…

1:
Serio?

3.
… jak myślisz, jaki miałbyś stopień?

2:
Starszy stylista.

Czy mamy dość siły?

Czasem boję się, że będzie jak z naszymi powstaniami. (Naszymi?)
W Polsce wszystko musi być zawsze takie
polskie.
Piękne, ale skazane na klęskę.

Oby to nie był wytrysk bez orgazmu.
Albo orgazm bez wytrysku.
Bo za dużo wiary, a za mało wytrwałości.
Bo za wcześnie.

Może my tej walki
teraz nie wygramy.
Ale przygotowujemy podwaliny.

Dajmy na to, rewolucja robotnicza
wykluwała się bardzo długo,
pośród nielicznych triumfów
i wielu momentów zwątpienia.

Albo niepodległość.
Lub powstanie
przeciwko klerowi katolickiemu,
które trwa od XVI wieku
i dopiero teraz
– zdaje się –
zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu.

Najważniejsze, to nie dać o sobie zapomnieć.
(Również sobie.)

Fundament już
został nadkruszony.

Teraz będzie to 
powoli
rozpadać się,
korodować.

Rewolucja już
wykonała swoje zadanie.

A jeszcze się nie skończyła.

[The Horrorist – „Riot”]

4:
Zbliżaliśmy się do finału. Zostało nas już tylko pięciu na tej wyspie, w tym programie. Wygrać miał rzecz jasna jeden. Ale samo bycie w finale
to coś.

Takie reality show z pedałami.
„Niech nas zobaczą”. A może „Z kamerą wśród zwierząt” raczej.
Oczywiście nie dla telewizji polskiej.

Siedzieliśmy tam parę tygodni.
Odcięci od świata i od internetu.
Nie wiedzieliśmy, co dzieje się na zewnątrz.
Aż pewnego dnia
nikt nas nie obudził. Więc zaspaliśmy na śniadanie.
I poszliśmy do tej kuchni, zdziwieni.
A tam nie było opiekunek.
Nikogo nigdzie nie było, w ogóle pusty plan.
Nie mieliśmy pojęcia, co robić.
Nikt nam nie powiedział, jakie sceny będą dziś kręcone.
Bo wiadomo: niby reality, ale wszystko reżyserowane.

Zjedliśmy.
Prysznic, te sprawy.

Czekanie.

Wreszcie jeden się odważył. A potem drugi, trzeci.
Z tej naszej willi hop! za płot, gdzie nie wolno było nam chodzić.
No i opuszczone wszystko…
Pokój z monitorami, w którym nas podglądali.
Montażownia.
Stołówka dla ekipy.
Jakby, nie wiem, UFO ich zassało.

My bez telefonów. Oni też nie zostawili nic.
Wiedzieliśmy tylko tyle, że jesteśmy na wyspie. Gdzieś w Polsce.
Spakowaliśmy się
Znaleźliśmy rowery.
I most.
I przejechaliśmy na drugą stronę.

I znaleźliśmy tablicę z nazwą miejscowości: Szczepino.
Była też garść informacji o wiosce:
„Legenda głosi,
że za podszeptem złego ducha
szczepiło się tu ongiś
odbytami
dwóch
świętych
młodzieniaszków”.

„Od tamtej pory jesteśmy przeciwni szczepieniom. I pedalstwu”.
Skrzekliwy głos za nami.

Kobieta. Z koszem grzybów.

Wyglądała jak statystka z „Pokłosia”.

Popatrzyła na nas, jak to się mówi, wymownie.
Z pewną dozą jawnej wręcz wrogości.
I poszła.

A my za nią na tych rowerach po chwili.

Nie było innej drogi.
(Nie chcieliśmy wracać na wyspę.)

Po kilku albo kilkunastu metrach
dostrzegliśmy drugą tablicę:

„Strefa wolna od LGBT”.

2:
Zacząłem ścierać z twarzy brokat,
który został po wczorajszej imprezie.

VI. NIE BĄDŹ ŚMIECIEM ZA PIĘĆ STÓWEK

Pogardzany musi mieć swojego pogardzanego.

Polak, a osobliwie polski lud – a może każdy lud? – musi mieć pod ręką kogoś (w swym odczuciu) gorszego od siebie.

To mu dodaje rigczu.

To go odróżnia od gówna.

On z tego wreszcie
czerpie
sadystyczną przyjemność.

(Nie zrozumie ten, kto nie był przez całe życie jebany jak szmata.)

Nakręcany przez kler polski suweren na wszelkie zarzuty odpowiada, że stoi na straży odwiecznych wartości, a gdy go zapytasz, jakich, odrzeknie, że chrześcijańskich. Przy czym chrześcijaństwo pojawiło się na tych ziemiach – gwałtem – w drugiej połowie X wieku, potem wybuchały przeciw niemu powstania, a i w bliższych nam czasach księża byli przez chłopów rżnięci piłą na równi z panami. Wielka ściema i manipulacja.

Szanowanie cudzych poglądów kończy się w momencie, kiedy te poglądy odbierają komuś prawa człowieka. Dlatego nie szanuję wyborców wiadomo kogo – i mam do tego prawo, bo ich myślenie odbiera mi podmiotowość. Bo popierają wykluczająca mnie narrację.

Bo oddawali swoje głosy
na sprawców
atmosfery pogromowej.

Przestańcie mnie namawiać, żebym wyciągał rękę do zgody. Dlaczego to ja mam szukać porozumienia? Niczego nie zrobiłem. To na mnie zastawiane są wnyki.

„Nie pogłębiajcie podziałów”. A kto je wywołuje?

„Każdego, kto ma inne zdanie, niż wy, nazywacie faszystą.
To jest właśnie ta wasza tolerancja”.
„To jest właśnie ta was tęczowych tolerancja”.
„To jest właśnie ta wasza tęczowa tolerancja”.

Najpierw mi odmawiają praw człowieka, a potem histerycznie krzyczą, że nazywam ich faszystami.

Ach, ci biedni Polacy. Kalkulują, co im się opłaca, i ciągle patrzą: na getto, na uchodźców, na pedałów.

Lud kieruje się wyłącznie
swoim interesem.
Tak został wychowany.

Prostackie mordy,
które za kilogram cukru
donosiły w czasie wojny na Żydów,
teraz głosują na pisowców
i z zacietrzewieniem wykrzykują
pełne nienawiści hasła.

Czy widzisz tu przestrzeń do negocjacji?

Ja widzę tu wyłącznie
pole walki.

Teraz mówią głośno to,
co zawsze po cichu myśleli.

Teraz czują się ośmieleni.
Jak w Jedwabnem.
Jak w Rwandzie.

A mnie niech nie opuszcza
moja siostra pogarda.

Mówisz, że jestem klasistą? Mam to w dupie. To właśnie jest mój opór. Jeden z wielu. Ale najbardziej podstawowy. Pierwszy. I nie masz prawa mówić, że niesłuszny. Nie masz prawa mnie oceniać, bo to nie ciebie bezzębny suweren z Lubelszczyzny wysyłał latem 2020 roku do pieca na Majdanku*****.

Każdy ma świadomość swoich słów i swoich czynów. Nie jest tak, że przebrany w garnitur Bąkiewicz be, a małorolny hodowca świń cacy. Ulgowe traktowanie – to właśnie jest klasizm.

Nie da się oddzielić ludzi
od ich poglądów.
Homo sapiens. Istota myśląca.

To, jakie wyznajesz wartości,
to kwestia twojego wyboru.

Każda inna sytuacja

jest apelem o ubezwłasnowolnienie.

Z nikim nie chcę się „dogadywać”.
Chcę poszanowania moich praw.
Domagam się tego od bezzębnych,
ale przede wszystkim
od manipulujących nimi polityków
z każdej strony.

Ja,
wiejskie dziecko
z Lubelszczyzny.

Not the only gay from a village.

To jest właśnie ta moja tolerancja.

PS: No chyba że przeproszą i obiecają poprawę. Wtedy może się dogadamy.

VII. W BIAŁY DZIEŃ

SOŁTYS******:
Mieszkańcy Szczepina
witają dostojnych cyklistów
kebabem i kolą.

Taki żarcik.

SOŁTYS:
Panowie z wyspy? Tam coś telewizja kręciła.
Więc panowie z telewizji.
No, panowie z telewizji…!!!
Wielka rzecz…!!!
I takich gości gościć
to zaszczyt.

Znają panowie może
któregoś Chajzera?

Kręcą głowami, że nie znają.

Nic to.
Zapraszam na gościnę.

5:
Bardzo panu dziękujemy.
Państwu dziękujemy, bardzo.

Ale nie państwu polskiemu.

Temu państwu, tutaj.

5:
Dziękujemy, ale droga
przed nami
jeszcze
daleka.
Trzeba pedałować.
Jechać. Trzeba.
Przed siebie.

SOŁTYS:
A dokąd panowie jadą?

1:
Nie słyszał pan? Przed siebie.

3:
Przed siebie! Przed siebie! Hen!

SOŁTYS:
My bez gościny nie puścimy! Bez panów ugoszczenia.
To nasza polska tradycja!

Panowie chyba nie są
przeciwni
polskiej tradycji?

2:
Zastaw się, a postaw się!

1:
Postaw się, a udław się!

3:
Udław się, a nie wypluwaj!

4:
Myśmy to byśmy chcieli
odejść już na drugi krąg.

Czy można?

SOŁTYS:
Udam, że nie zrozumiałem.

Zapraszam. Zapraszam do środka.

I nagle ich otaczają.
Do wnętrza chaty prowadzą.
Tam obraz matki z czarną twarzą powieszony.
A pod nim stoi stół. Szwedzki.
A na tym stole postawiona

miska

z sałatką jarzynową.

I półmisek wędlin.

I koszyk z pieczywem.
I sztućce.
I talerze z Arcopalu.

I wódka.

SOŁTYS:
Częstujcie się, panowie!
Ale najpierw toast.

No, śmiało! Dopiero co z zamrażarki wyjęte.
Nie śpimy!
Kto by chciał ciepłą wódkę pić…

Chłopi sięgają po kieliszki, a sięgają tak, że nasza piątka nie sięgnąć po kieliszki nie może.

SOŁTYS:
Za co pijemy?

3:
Może za to, żebyście
poznali któregoś Chajzera?

SOŁTYS:
E!

2:
A Magdalenę Ogórek?

SOŁTYS:
O!
Smalczyk miał być! Małosolne!

Zakąski wjeżdżają na stół.

SOŁTYS:
Wszystko na mojej głowie.
Czasem mam dość…
Nie chcieliby panowie…
z panów któryś…
zostać sołtysem Szczepina?

Konsternacja.

SOŁTYS:
Choć na moment….

Konsternacja 2.0.

SOŁTYS:
E! Żartowałem…!
Siup! Za spotkanie!

Piją. Krzywią się. Przegryzają. (Chłopi nie zakąszają.)

SOŁTYS:
Proszę jeść. To wszystko tutaj naturalne.

GŁOS Z TŁUMU:
Karmy z naszej farmy.

SOŁTYS:
Jeszcze wczoraj biegało
i rosło.

Łasiło się i srało
pod płotem.

Wieś to zdrowie!

2:
Niektórzy z nas nie jedzą mięsa.

SOŁTYS:
A-ha…

Sołtys wymienia znaczące spojrzenia z pozostałymi chłopami, a szczególnie ze stojącą z boku kobietą, która wygląda jak statystka z „Pokłosia”.

SOŁTYS:
Tak myślałem.

Że wy tacy…

1:
Jacy?

SOŁTYS:
Wszystko jasne.

To był test.

Dzisiaj wege, jutro homo.

SOŁTYS:
Szkodzicie polskiemu rolnictwu
w ten sposób.

2:
Jak to? Przecież rolnicy
hodują też pietruszki, marchewki…

SOŁTYS:
Szkodzicie Polsce!
Wyżej stawiacie życie zwierząt,
niż ludzkie!

5:
My, czyli kto?

GŁOS Z TŁUMU:
Lesbijki, geje, bio coś tam!

SOŁTYS:
Zagrażacie też polskiej rodzinie.

1:
Niby kurwa jak?

GŁOS Z TŁUMU:
Nie chcemy takich tutaj!

5:
To nas puśćcie.

2:
Zachowują się jak policja…

SOŁTYS:
Ale…!

Zapomnijmy o konfliktach!
Na zdrowie!

Chłopi sięgają po kieliszki, a sięgają tak, że nasza piątka nie sięgnąć po kieliszki nie może.

Piją. Krzywią się. Przegryzają. (Chłopi nie zakąszają.)

Sołtys atakuje po raz drugi.

SOŁTYS:
W dawnych czasach chłop orał pole.

Dziś orze innego chłopa.

3:
Co?

GŁOS Z TŁUMU:
Byśta chcieli na chłopów
mówić babskimi imieniami!

2:
Nie wierzę.

5:
Popiełuszko miał na imię Alfons,
a wy mówicie na niego Jerzy!

CHŁOPI:
Bluźni! Bluźni!

5:
To są fakty.

GŁOS Z TŁUMU:
Próbujecie nam narzucać swoje!
Ale nas jest więcej!

SOŁTYS:
Spokojnie…

1:
Nas też jest całkiem sporo!
Zagadujesz do kolesia na Grindrze, a on odpisuje „nas pięciu”!

GŁOS Z TŁUMU:
Grozisz mi?

1:
Tylko mówię.

GŁOS Z TŁUMU:
Mordercy!

SOŁTYS:
Ale…!
Zapomnijmy o konfliktach.
Na zdrowie!

Chłopi sięgają po kieliszki, a sięgają tak, że nasza piątka nie sięgnąć po kieliszki nie może.

Piją. Krzywią się. Przegryzają. (Chłopi nie zakąszają.)

Sołtys atakuje po raz trzeci.

SOŁTYS:
Widzieliście tablicę przy wjeździe?

5:
Chcieliśmy jechać dalej.

To wy nas zatrzymaliście.

SOŁTYS:
Bo na naszym terenie

jesteście. Wiecie o tym?

2:
Ale co wam w nas przeszkadza dokładnie?

GŁOS Z TŁUMU:
Sodomia.

2:
A co to jest ta sodomia?

GŁOS Z TŁUMU:
Ja nie będę mówił.

GŁOS Z TŁUMU:
Sodomia to ideologia!

GŁOS Z TŁUMU:
Chcecie nas przymusowo wszczepiać!

GŁOS Z TŁUMU:
Taka prawda.

1:
Chłopie!
Patrz teraz na mnie, kurwa.
Nie widzisz buzi
w tym tęczu?

Chłopi wpatrują się w buzię pedała.

GŁOS Z TŁUMU:
Ty banderowski tęczowy parchu
z garbatym nosem!

GŁOS Z TŁUMU:
Wypierdalać kurwy do Auschwitz!

GŁOS Z TŁUMU:
Pedały do gazu!

SOŁTYS:
Spokojnie…!

I choć zdawać by się mogło,
że atmosfera wręcz
sięga zenitu,

dzieją się rzeczy
zgoła inne.

Najpierw zaburzenia wzroku.
Potem słuchu.

Potem ciemność.

VIII. POLSKA FLAGA BIAŁO-CZERWONA NAD NIĄ ORZEŁ ZŁOTA KORONA

Kto prześladuje obywateli? Państwo.
Kto napada na obywateli innych państw? Inne państwa.
Kto dokonuje podziałów?
Kto wyznacza wroga?
Kto przyzwala na pogromy?
Kto stosuje represje?
Kto ogranicza wolność?
Kto zabrania?
Kto ma monopol na przemoc?
Kto nie ponosi odpowiedzialności?

Państwo.

IX. CHODZI O TO, ŻE ZA MOMENT WSZYSTKIEGO, CO MAMY, MOŻE NIE BYĆ

1:
To w tych zakąskach coś było.

3:
Oni ich nie ruszali.

4:
Tylko my.

3:
Otruli nas.

2:
Ogóry były zatrute.

5:
Jeszcze mi się
rozmazuje obraz.

1:
Ciekawe, co z nami zrobią…

3:
Zdaje się, że jesteśmy w jakiejś szopie.
Może nas podpalą
razem z szopą.

2:
Nigdy mnie nie jarał szoping.

1:
To nie było śmieszne.

2:
A mamy jakieś inne wyjście, niż się śmiać?

Róbcie coś.

Dlaczego nic nie robicie?

4:
Musimy stawiać opór.

2:
Spoko, ale jak?

Bohaterowie wykonują szereg gestów.
Najpierw skaczą i skandują hasła.
Potem maszerują w kółko.
Później malują na murach.
Tańczą techno do białego rana.
Tańczą poloneza w jednopłciowych parach. (Któryś zostaje bez pary).

To nie działa.

2:
Widzisz? Nic nie działa.

3:
Spróbuję z nimi zagadać.

1:
Ty?

3:
Nie znasz mnie, że bajer mam dobry?

Wchodzi Sołtys.

SOŁTYS:
Jak się spało, panowie?

3:
Dlaczego nas przetrzymujecie?

SOŁTYS:
Bo dostaliście szansę od życia.

3:
Tak?

SOŁTYS:
Ten budynek
to pionierska w skali kraju inwestycja.

2:
Co ty nie powiesz?

SOŁTYS:
Trafiliście na dwa tygodnie
do zony dezorientacji

sponsorowanej przez Ministra Zdrowia.

Trafiliście na dwutygodniową kwarantannę,
po której
wrócicie do społeczeństwa
już nie jako trutnie.
À propos. Próbowaliście naszego miodu?

Chyba nie.

Zaraz wam każę przynieść
na śniadanie.

A później zaczną się egzorcyzmy.

Sołtys wychodzi.

1:
No i gdzie ten twój bajer?

3:
Zatkało mnie.

1:
Zatkao
kakao.

X. NIE CHCIAŁEM IŚĆ DO POWSTANIA, WIĘC POWSTANIE PRZYSZŁO DO MNIE / WSTAWANIE Z KOLAN

5:
Palcie kościoły.

Nie zakładajcie własnych.

„Piosenka o boskiej dziurce”:

5:
/śpiewa/
Jest tylko jeden otwór
W który możesz wkładać.
Nie jest to otwór mężczyzny
Lecz władzę nad nim ma biskup

Inne otwory zabronione
Inne otwory zakazane
(Obciągać też nie wolno)

Jest tylko jeden otwór
W którym możesz wkładać

Mężczyzna ma nad nim władzę

Lecz nie ma tego otworu

Walenie w drzwi.

1:
Kto tam?

RYCERZ (OFF):
Którędy na Grunwald?

Przerwa.

W Warszawie psiarnia tłucze
bez powodu kobiety,
a ja tu w Łodzi piszę
szaloną opowieść
bez puenty
chyba,
bo ciągle nie wiem,
jak skończyć.

Czy to naprawdę jest czas
na głupoty?
(Tak by zapytała
moja babcia).

Ale z drugiej strony,
co innego mogę robić?
Chodzę na protesty.
Podpisuję apele.
Trolluję na fejsie.

Co innego mogę robić?

Sam siebie teraz cenzuruję.
Stopuję się.
Bo nie znajduję przyjemności
w tym odpale.

Chciałem fantazjować,
ale znów jestem
zmęczony.

Wróć, kurwa.
Sfrustrowany jestem.

Chciałem odlecieć, ale teraz wolałbym,
żeby zniknęło
wszystko.

„Kręcimy się w kółko”,
była kiedyś taka
piosenka.

W tym chaosie
chciałbym zobaczyć coś
więcej.

Ale nie da się.

Jeszcze nie. Jeszcze nie.

Lecz to musi się dobrze skończyć!

Historia nie kłamie.

Bo przecież

(à propos boskiej dziurki)

jesteśmy.

I mimo że jesteśmy ciałem
obcym,

to, jak powiedział
James Baldwin
(parafraza):
już sama nasza
obecność,

nas niechcianych,

rozsadza

wasz organizm
od środka.

Nieskuteczne są wasze przeciwciała.

Więc mimo że jesteśmy zmęczeni.

Mimo że wasz filozof
z Wyższej Szkoły Zawodowej
w Chełmie
mówi,
że nie jesteśmy Polakami.

(Nie musimy wcale być.
Lecz nie ty chuju decydujesz o tym.)

to

ponieważ
nas stawiacie
pod ścianą

będziemy napierdalać do skutku.

Nie mamy innego wyjścia.

Mimo frustracji.
I zmęczenia.

A może właśnie dlatego.

Polska to eksperymentalne pole
radykalnej prawicy.

Jej ostatnia nadzieja.

Jej ostatni poligon.

Tutaj toczy się wojna.
[Patrz: Suchanow.]

A my na tej wojnie

będziemy walczyć

mimo wszystko.

[David Bowie – „Cat people”]

Walenie w drzwi.

1:
Kto tam?

RYCERZ (OFF):
Którędy na Grunwald?

XI. PEDAŁOWIE WYKLĘCI

2:
Tędy! Zapraszamy!

Rycerze wchodzą razem z drzwiami.

RYCERZ:
Jedziemy na Grunwald.

Jesteśmy rekonstruktorami
historycznymi.

3:
To świetnie, bo my też!

RYCERZ:
Przedstawcie się.
I co robicie w tej szopie?

3:
Zgubiliśmy się. Tak samo jak wy.
To jakaś dzicz…

Ja jestem rycerz… Pancerz.
To mój giermek… Snycerz.
Tam siedzi nasz paź… Tancerz.
A to… yyy….nasz koń… Ranczer.

RYCERZ:
Tylko jednego konia macie?

3:
Recesja.

RYCERZ:
A tamten?

2:
To znowu jest… pies. Irasiad.

5:
Nie chcę byś psem!

1:
To nasz opos.

3:
Cicho!

RYCERZ:
Dziwni jacyś…

Przydzielimy was do krzyżaków.

3:
Spoko.

RYCERZ:
Nikt nie chce być krzyżakiem, bo krzyżacy dostają wpierdol.

Którędy na Grunwald?

Pedały pokazują na wyważone drzwi.

3:
Tamtędy.

Wszyscy wychodzą.

XII. DON’T KRAJ FOR ME

5:
Obywatelu starszy stylisto!
Dowódca oddziału
melduje
gotowość
do przeglądu!

2:
/dokonuje przeglądu/
Źle dobrane kolory.

Widać, że z wyprzedaży.

To ciebie skraca optycznie.

Poza tym może być.

I jak, gotowi do akcji?

WSZYSCY:
Tak jest!

Czołem wielkiej pale!

Skoro powiedziało się A, trzeba powiedzieć B.

Myślałem, że potoczy się to w inną stronę.

Nie potoczyło się w inną stronę.

W setkach tysięcy ludzi na ulicach
była energia,
która mogłaby zburzyć Bastylię.

Lecz zabrakło. Czego? Nie wiem.

Ktoś musiałby wziąć odpowiedzialność.
To nie takie proste.

Młyny mielą powoli. To jasne.

Ale
wyrażanie zdania
w formie pacyfikowanej demonstracji
w kraju,
który nie działa,
w którym prawie już nie ma demokracji,
którym 
rządzi
policyjna przemoc?
(Białorusizacja Polski.)

Opozycja gra na zwłokę. Piszą „obudźcie się”, „to ostatni moment”, ale nic nie robią. (Nie licząc kilkunastu posłów i posłanek regularnie interweniujących na komisariatach.) Może chcą, żeby jeszcze mocniej jebło. Żeby się samo wypaliło. Żeby wygniło od środka. (Ta władza.)

Tylko czy ulica walczy o to, by Schetyna znowu był ministrem czegoś, a Radziszewska pełnomocniczką do spraw równego traktowania?

Nie o to toczy się walka.

W młodych jest wielki wkurw, odwaga i determinacja.
Młodzi są wspaniali.
Z fascynacją i podziwem
obserwuję młodych na ulicach.

(Młodzi w tym kraju zawsze są wspaniali.
Dopiero w późniejszym wieku coś złego się z nimi dzieje.)

Ludzi na protestach jest mniej.
Wykruszyli się na przykład
imprezowicze.
Ale ponoć kropla drąży skałę.

Ludzi na protestach zaczyna być mało,
a tak wielu moich znajomych chodzi na protesty.
To przykre.

A może tylko nam się tak
wydaje,
że może tu być tak jak
na Zachodzie?

Więc albo dojdzie do zwycięskiej rewolucji,

albo do ostatecznej deziluzji.

2:
Dobra, teraz ja.

W idealnym społeczeństwie każdy
ma prawo żyć w zgodzie z własnymi zasadami,
o ile nie narusza tym przestrzeni innych.

O to dziś walczymy.

LGBT to klasa wyklęta.

Wykluczeni.

Nie mamy takich samych praw.

I możemy ich domagać się
wyłącznie na drodze oporu
lub przemocy.

Tacy jak my
wszczynają
powstania, rewolucje.

Tacy jak my
nie mają
nic do stracenia.

Choć jest strach.

Czy można przeprowadzić
systemową zmianę
bez ofiar?

Wszystko jest możliwe.

Gdyby to było złe, bóg by inaczej świat stworzył.

Ale też trzeba pamiętać,
że po naszej stronie
były straty,
zanim ktokolwiek pomyślał
o walce.

Skoro państwo,
w którym mieszkam,
wyklucza mnie,
to co mnie łączy z tym państwem?

To nie moje państwo, to tylko miejsce zamieszkania.

Polska mnie nie obowiązuje.

Walczę z dwiema osobami w sobie:
tą wylęknioną
i tą czującą moc.

Walcząc ze sobą,
rozważyłem za i przeciw.

Wybrałem przeciw.

Co będzie za rok?

To pytanie nigdy
nie było tak fascynujące.

[Zdechły Osa – „ADHDLGBTHWDP”]

XIII. DZIŚ IDĘ WALCZYĆ, MAMO

I oto uwolnili się
spod jarzma ludu

i znaleźli się
w samym
centrum
spektaklu.

I oto
na grunwaldzkich polach
zaczyna się rekonstrukcja.

Krzyżacy, czyli nasi
stoją w słońcu.

Polacy, czyli tamci
siedzą w krzakach.

(Zgodnie z tradycją.)

„Z tym hymnem Bogurodzica
do walki na wojnę z Grunwaldem
szedł król Władysław Jagiełło”.
Przemówienie.

Dwa nagie miecze.
(So gay).

Ci czekają.
I tamci czekają.

Ci w upale.
Tamci w cieniu.

Ci po sobie i po ludziach patrzą.
Tamci, jak to tamci, rozmodleni.

Ci o suchych pyskach.
Tamci jedzą. Tamci piją.

Ci bez telefonów,
bo zostały na wyspie.
Tamci robią selfie
i relacje na Insta.

Wydłuża się to i wydłuża.

(A jeszcze biskup ma przyjechać,
żeby psie pole
poświęcić.)

Wreszcie Jerzy Hoffman mówi: akcja!

[„Symfonia śmiertelna” Deadaliusa w tle.]

Polacy jak co roku są pewni zwycięstwa.

Zadowolone twarze.
Pełne brzuchy.
Rutynowe gesty.

A naprzeciwko nich ci
pedałowie wkurwieni

przez stanie w słońcu,
przez siedzenie w szopie wcześniejsze,
przez wszystkie
swe
całożyciowe
poniżenia,

dostają takiego powera!

Bo to jest właśnie ten moment.

Właśnie budzi się
pedalska moc.

Szarżują z dumą
na rowerach.

Więc są szybsi.

I rozpierdalają
wojska Jagiełły
w proch.

Tamci krzyczą, że to wbrew zasadom,
ale sami ustalali te zasady,
nie negocjowali ich
z nikim.

Takie zasady są
nieważne.

Pedały wygrywają pod Grunwaldem!

Wystarczy w swoje ciemne sięgać.
Stamtąd czerpać.

Przekuwać upokorzenie
na broń.

Surmy wojskowe grają.
(Zawsze chciałem napisać to zdanie).

Bohaterowie nieco
zasromani.

Spodziewają się
rychłego
potępienia.

Lecz oto nagle
delegacja ze Szczepina
na czele z udającym, że nic wcześniej nie było
Sołtysem
– hołd składa!

A w kolejce
stoją inne
delegacje
– rozliczne!

Poczuli siłę,
bo zobaczyli cud.

W słabych nikt sojuszników
nie szuka.

Każdy nagle coś ma.
Każdy nagle, że go coś uwiera
zrozumiał.

Obudzili się.

Zadziałał
przebiegunowany kraj.

Mijają godziny. Słońce nie zachodzi.

Euforia.

Wszyscy są tutaj. (Unia.)

Po tamtej stronie zostają:
policja, kościół, władza.

A fantazja o zemście jest słodka.

5.
/śpiewa/
Ludzie może i chcą być odważni
Ale ktoś musi być odważny pierwszy
Ludzie może i chcą użyć pięści
Ale ktoś musi im pokazać, że można

Ludzie może i chcą rewolucji
Ale może to być rewolucja miłości
Ludzie może i chcą żyć w spokoju
Ale czasem trzeba zawalczyć o spokój

Czy
Same
Słowa
Wystarczą?
Opór, opór, opór

Ludzie może i chcą znowu rozmawiać
Ale ktoś musi zagadać pierwszy
Ludzie może i chcą się przytulać
Ale ktoś musi im pokazać, że można

Uwaga, zmiana rytmu:

Ludzie by chcieli tego i owego
Bo im zabrano lub nie dano wcale
Lecz czy wystarczą słowa przeciw pałom?
Nie chwal psa przed zachodem słońca

CIĄG DALSZY MUSI NASTĄPIĆ

Pisane przeważnie kursywą, czcionką przegiętą, gorącym latem i niespokojną jesienią 2020 roku.

Użyte w tekście zdjęcia zostały przeze mnie zrobione w tym czasie na łódzkich ulicach.

Dziękuję Jasnej 10 i „Krytyce Politycznej” za stworzenie przestrzeni do wypowiedzi, a Wojtkowi Zrałkowi-Kossakowskiemu za czujną, czułą i nieustanną opiekę nad projektem.

Łódź, 29.11.2020

PRZYPISY

* Tłum. Feliks Konopa. Cyt. za: Benjamin Balint, „Ostatni proces Kafki”, Warszawa 2019, s. 91.
** Celowo piszę z małej i proszę nie poprawiać.
*** https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/medicine-reklama-terapia-na-bol-istnienia-opinie-dorota-maslowska
**** https://aszdziennik.pl/130509,srodkowe-palce-margot-aresztowane-obrazily-uczucia-sojusznikow-lgbt
***** https://www.wprost.pl/kraj/10341096/skandaliczne-slowa-o-homoseksualistach-majdanek-powinni-otworzyc-i-ich-do-krematorium.html
****** Powinien go zagrać Christoph Waltz. Inaczej będzie bez sensu.