Krystyna Duniec


SZPULARKI | TERAZ POLIŻ, Beniamin Bukowski, Krystyna Duniec, Katarzyna Kalwat, Inga Lipińska
5/6

Praca powstała jako część Programu Wsparcia Środowisk Twórczych realizowanego przez Jasną 10: Warszawską Świetlicę Krytyki Politycznej w ramach programu „Centrum Jasna” finansowanego ze środków Miasta Stołecznego Warszawy.

„Robotnice. Robotnicy. Montaż” z wykorzystaniem dokumentu Ireny Kamieńskiej „Robotnice” (1980) i eseju filmowego „Robotnicy” Krystyny Duniec, Ewy Hevelke i Michała Januszańca (2014)

Szpularnia

Projekt badawczo-artystyczny Szpularnia, który zainicjowałam, koncentruje się wokół strajku szpularek z Żyrardowa w 1883 roku, pierwszego robotniczego strajku powszechnego w Królestwie Polskim i jednego z pierwszych na świecie zorganizowanych przez kobiety. Traktuję ten projekt jako wkład w historię kobiecej emancypacji – mozolnej, uporczywej, modyfikującej swoje strategie z dekady na dekadę, odnotowującej sukcesy i porażki, trwającej nieprzerwanie do dziś dnia. Historia szpularek z Żyrardowa wpisuje się w narrację na temat cykliczności historycznych przełomów, wydarzeń i okoliczności, która unaocznia ścisłe i trwałe ich połączenia, zależności i powtórzenia, aktualizując to, co minione.

Szpularnia ma charakter „art as research” – sztuki jako praktyki badawczej. To praktyka odwołująca się do przekonania, że sztuka i uprawianie sztuki może stać się w takim samym stopniu produkcją wiedzy, jak pisanie tekstów naukowych i że współpraca badaczek/badaczy z artystami/artystkami może być owocna zarówno dla sztuki, jak i dla nauki, przekraczając ograniczenia dyscyplin. Jako badaczka teatru i sztuki performatywnej w kontekście społecznym, a także jako inicjatorka Objazdowego Uniwersytetu Powszechnego im. Ireny Krzywickiej jestem świadoma konieczności stworzenia możliwie jak najszerszej platformy współpracy i wymiany międzydyscyplinarnej, międzyregionalnej, międzyludzkiej, by można było myśleć o działaniach na rzecz bezpiecznego dla wszystkich, otwartego i sprawiedliwego społeczeństwa.

Jak przekonuje Emma Goldman w eseju Proletariat umysłowy, kondycja proletariuszy umysłowych, czyli niezależnych, niepokornych inteligentów, jest tożsama z kondycją klasy robotniczej, obywatelsko nieposłusznej w imię walki z przemocą i wyzyskiem, bo „wszystko, co poszukuje nowej formy, nowej ekspresji czy nowych wartości, jest zawsze skazane na «niewczesność». Źle się dzieje zatem, kiedy inteligenci, na przykład artyści i akademicy się wywyższają, uważają za lepszych i widzą się w lepszym położeniu od towarzyszy-robotników fizycznych”. Proletariusze umysłowi, wedle Goldman, którzy weszli w skład wszystkich grup w ruchu radykalnym mogliby odegrać rolę fundamentalną w sprawie lewicowej zmiany społecznej, gdyby nie przeszkadzał im brak „jasnej wizji, głębokiego przekonania i prawdziwej śmiałości, by stawić czoła światu […] nie dlatego, iżby nie odczuwali krańcowo wyniszczających ciało i umysł skutków naginania się do kompromisu albo nie widzieli zepsucia i degradacji życia społecznego, politycznego, służbowego czy rodzinnego, ale dlatego, że choć przyznają, że nie istnieje ani jedna instytucja warta zachowania, to publicznie podążają tą samą utartą ścieżką, co ich konserwatywni koledzy po fachu. Piszą to, co się sprzeda, i nie próbują nawet odrobinę wykroczyć poza granice tego, co w smak publice. Wyrażają myśli ostrożnie, tak, by nikogo nie obrazić, a żyją pod dyktando najgłupszych konwenansów”.

Niewątpliwie fuzja lęku o status, o widzialność, o „zaistnienie” z jednoczesną próbą wpisania się w walkę społeczną, wyzwala mechanizmy kompromisu, a zatem petryfikuje konserwatywne status quo. Emma Goldman symptomatycznie w eseju o proletariacie umysłowym przywołała znaną sobie sytuację strajku szwaczek z fabryki koszul, kiedy kobiety pracujące w fabryce jako urzędniczki wystroiły się na protest w najlepsze futra i najcenniejszą biżuterię. „Czy trzeba dodawać – pisała Goldman – że gdy policja brutalnie krępowała i wrzucała do furgonów robotnice, dobrze ubrane pikietujące panie były traktowane z szacunkiem i nie zostały aresztowane? Tak oto zasmakowały emocji, ale sprawie robotniczej tylko zaszkodziły. […] Liberalna większość pozbawiona oryginalności i odwagi moralnej większość od zawsze powierza kontrolę nad swoim losem innym. Niezdolna do podejmowania odpowiedzialności, ślepo podąża za swymi liderami, nawet ku katastrofie […] Wyzuta z ambicji i inicjatywy jednomyślna masa niczego nie nienawidzi z równą pasją, jak innowacji”.

Wygląda na to, że i współczesność nie jest epoką indywidualizmu, tylko biernej większości. Wierzę jednak w sprawczość sojuszu niezależnych inteligentów i inteligentek z niezależnymi artystkami i artystami oraz aktywistami i aktywistkami spoza mainstreamu, zwłaszcza w sojusz skoncentrowany na idei siostrzeństwa. Projekt Szpularnia postrzegam jako proces tworzenia afektywnego archiwum feministycznego, narracji o utracie i odzyskiwaniu kobiecego sprawstwa, o rozpadzie i tworzeniu wspólnoty opartej na empatii, lojalności, solidarności i współodczuwaniu w nieprzerwanym procesie walki o nie tyle równościowy, ile wolnościowy porządek społeczny. To archiwum w procesie, zagarniające przeszłość ku teraźniejszości i wychylone w przyszłość, a co szczególnie ważne, powstające nie w męskiej perspektywie zwycięzców, ale kobiecej drogi do samorealizacji, zakładającej porażki, ale nie klęski, rozczarowanie, ale nie frustrację i satysfakcję, która choć podszyta goryczą przynosi jednak nadzieję. Wierzę Walterowi Benjaminowi i jego Aniołowi historii, że artykulacja historyczna tego, co minione w celu zrozumienia teraźniejszości i ogarnięcia przyszłości, nie oznacza, że trzeba poznać przeszłość „taką, jaka naprawdę była”. Uwaga zwrócona w stronę buntu szpularek w 1883 roku oznacza więc próbę przypomnienia w aktualnej „sytuacji zagrożenia”, że jedynie odebranie tradycji konformizmowi, który nią manipuluje, może aktualizować ducha buntu i zmieniać świat. Szpularnia aktualizuje siłę sprawczą kobiecej emancypacji, powielającej, ale i modernizującej sposoby walki o społeczną i egzystencjalną autonomię, szuka jej potwierdzenia w herstoriach i w ustnych świadectwach, w wywiadach ze współczesnymi kobietami Żyradowa. Takich jak ten:

„Była wtedy już mężatką. Żeby zostać przyjętą do pracy musiała ukryć fakt ciąży. W tamtych czasach nie przyjmowano ciężarnych do pracy. Pracowała na suchych prządkach, w tej chwili znajdują się tam Lofty. Przywożono grube warkocze z potłuczonych łodyg lnu i dłońmi wyciągano skręconą lnianą nić, która była nawijana na szpulę. Potem windą zwożono te nici na dół i przekazywano na dział mokrych prządek. Mama pamięta straszne zapylenie, jakie tam było. Mówi, że było siwo od kurzu, który unosił się w powietrzu podczas wyciągania nici. Natomiast na mokrych prządkach kobiety pracowały cały dzień w wodzie, ponieważ każda nitka musiała być zmoczona. Była to bardzo ciężka praca fizyczna”.

To słowa należące do jednej z moich rozmówczyń, której matka pracowała w Zakładach Lniarskich w Żyradowie w latach 50. To samo i tak samo mogłyby powiedzieć o sobie szpularki w XIX wieku, w fabryce zarządzanej przez francuskiego inżyniera Filipa de Girarda, potem przez niemieckich przemysłowców Karola Teodora Hielle i Karola Augusta Dittricha, potem ich następców w międzywojniu, w PRLu, i w końcu w latach 90., kiedy zakłady nie poradziły sobie z reformą Balcerowicza i zamknęły się nieodwołalnie. Zawsze – od XIX wieku do likwidacji Zakładów – szpularki pracowały na stojąco, w wielkiej hali, przy stanowiskach ustawionych rzędami, żeby mogły widzieć tylko plecy innych przed sobą. Zawsze, do zamknięcia Zakładów, pomiędzy rzędami przechadzali się nadzorcy, sprawdzając, czy pracują, czy przypadkiem nie rozmawiają ze sobą, i zawsze kobiety były solidarne, jeśli którejś od nadzorcy się dostało. Zawsze kobiety zapadały na pylicę płuc, chorobę mało romantyzowaną, za to stygmatyzującą. Zawsze zarabiały niewspółmiernie mniej niż mężczyźni, a przecież harowały jeszcze ciężej. Już w XIX wieku szpularki były lepiej wykształcone od tkaczy, częściej niż oni umiały pisać i czytać, i do tego prowadziły im dom i wychowywały ich dzieci. Nadmierna, w oczach społeczeństwa samodzielność kobiet kazała widzieć w nich prostytutki, jeśli nie nędzarki. Kondycję szpularki/prostytutki kryptonimuje interesująco figura szwaczki w Lalce Prusa, w której prostytutka Marianna za sprawą Wokulskiego zostaje szwaczką. Symptomatyczne jest z drugiej strony, że w Warszawie, dziesięć lat po strajku w Żyrardowie od 1893 do 1922 roku działało Schronienie Ubogich Szwaczek pw. Najświętszej Maryi Panny Wspomożycielki Wiernych, czy to znaczyło – kobiet upadłych?

Nie warto jednak w szpularkach/szwaczkach ani w ich następczyniach widzieć ofiar systemu. Szpularki i w XIX, i potem w XX wieku – to najczęściej młode dziewczyny, które uciekły ze wsi, z biedy i spod kontroli księdza do fabryki, gdzie pierwszy raz w życiu miały własne pieniądze, poczucie własnej dumy i godności. W Zakładach Lniarskich w Żyradowie od XIX wieku znajdowały wsparcie innych kobiet, także i tych, które pracowały nie na produkcji, ale na przykład w kantorze. Mogły wyjść za mąż i nie stracić przez to pracy, mogły mieć dzieci, bo fabrykanci, krwiopijcy, ale myślący ekonomicznymi kategoriami, założyli dla nich ochronkę i szkołę. Potem w PRLu działało zakładowe przedszkole i finansowano kolonie letnie. Wszystkie moje rozmówczynie wspominając siebie z czasu pracy w Zakładach, czy swoje matki, babki i prababki, podkreślały dumę z harówki, która dawała im poczucie niezależności i umożliwiała awans społeczny.

Tożsamość szpularki zatem, potraktowana konstrukcjonistycznie, oznacza w projekcie Szpularnia zdolność dynamicznej przemiany, otwartość na społeczną przygodność, sytuacyjność, inspirującą do nieustającego oporu wobec nieustająco aktualnych stereotypów kulturowych i politycznych, wobec ksenofobii, seksizmu i opresji patriarchatu. Dla historii kobiecej emancypacji i walki o zmiany społeczne, zawłaszczanej na ogół przez męski dyskurs, ma więc znaczenie świadectwo źródeł, że strajk w Żyradowie w 1883 roku, w skali europejskiej wyjątkowy, wywołały kobiety.

Z „Pola walki” (1883):
“Hasło do strajku dały kobiety – szpularki. Mężczyźni z początku wcale nie brali w nim udziału, dopiero po 3 dniach, gdy im zabrakło gotowych szpulek, porzucili pracę”.

„Przedświt” (1883):
„Szpularki w ilości 500 osób opuściły fabrykę. Siedziały spokojnie, a wieczorami  schodziły się jedna u drugiej w mieszkaniu i naradzały się, co począć dalej”.

Szpularki buntowały się, bo to one obrywały najwięcej za sprawą „polityki brzucha” , żeby odwołać się do kategorii Jeana Francois Bayarta, czyli od władzy opartej na korupcji i ekonomicznym wyzysku, działającej na granicy legalności i nielegalności, biznesu prywatnego i publicznego. Z brzucha wychodzi energia, ale i śmierć, jak pisał Tadeusz Różewicz, O tej samej porze:

Kiedy długie hale Luwru są puste:
wielkie hale
krwawią w świetle elektrycznym
górą mięsa
monstrualny kadawer
poruszył się
w otwartym brzuchu
grzebie kolec światła
i otworem w twarzy parują
Wnętrzności

O nieludzkich warunkach pracy w fabryce włókienniczej pisały polskie działaczki na rzecz praw kobiet.

Halina Krahelska w artykule Praca kobiet w przemyśle współczesnym pisała w 1932 roku, że „z biedy i nędzy szły kobiety na zarobkowanie do fabryk”, wykonując stopniowo pracę cięższą od męskiej, gdy raz bowiem „stanęła przy warsztacie, możność wynagradzania jej pracy stosunkowo niską stawką rozstrzygnęła o tym, jak bardzo stać się musiała poszukiwaną przez pracodawców. […] Racjonalizacja, wprowadzając do fabryk coraz większe rzesze kobiet i młodocianych, rozszerzała równocześnie zakres czynności wykonywanych przez kobiety: narzuca im prace dawniej wykonywane tylko przez mężczyzn. A więc np. przemysł włókienniczy, który był do pewnego stopnia pionierem racjonalizacji, wymaga dziś niekiedy od dziewcząt czynności tzw. pucera (czyszczenie maszyn włókienniczych sposobem wślizgiwania się pod maszyny), przed wojną wykonywanych tylko przez mężczyzn, dźwigania worków ze szpulkami, sztuk materiału, w ogóle dźwigania ciężarów”.

Justyna Budzińska-Tylicka donosiła, że w belgijskiej przędzalni w Warszawie we wrześniu 1934 roku „polski strajk okupacyjny był nie tylko zakrojony na wielką skalę, ale jednym z pierwszych tego rodzaju, a prowadziły go przeważnie same robotnice – bo na 1500 pracujących w przędzalni było 1100 kobiet. […] Prawie 2 miesiące; półtora tysiąca ludzi w zamknięciu wielkich murów fabrycznych pilnowało swych warsztatów pracy, przy których cudzoziemiec już tak długo wyzyskiwał siłę, zdrowie, nerwy, życie, młodość przemęczonych białych niewolnic; ale gdy ten wyzysk jeszcze miał być większy – kobiety się oburzyły i zapowiedziały walkę aż do zwycięstwa […] przez te 8 tygodni wiele nauczyło się czytać i pisać, nawet starsze kobiety. Porządek był wzorowy: ani jednej kłótni, and jednego nieporozumienia – przeszło tysiąca niewiast, przez dwa miesiące!”.

Oddajmy głos samym włókniarkom, żeby zrozumieć ich determinację.

Robotnica przy motaku: „Boli wszystko: ręce, ramiona, kark, nogi, stopy, krzyż – całe spracowane ciało!”. Robotnica przy krzyżówce, zatrzymująca ręcznie bębny maszyny: „Rozbębniły mi te bębny lewy bok i serce! […] Ech, co tam, że nie mamy szafek na odzież wierzchnią! Chustkę można wytrząsnąć i wytrzepać. Ale co zrobić z płucami? Tych przecie nie wytrząśnie i nie wytrzepie – wypluć je można kawałkami”. Robotnica łódzka w świetle faktów i wspomnień („Głos Poranny” 1938, nr 146): „Gdyby Pan Bóg dzisiaj wygnał Ewę z raju, rzuciłby na nią przekleństwo: będziesz dzieci rodziła jako prządka”.

Nie inaczej, i prawie tymi samymi słowami mówią o swoim znoju robotnice Krośnieńskich Zakładów Lniarskich w 1980 roku, w dokumentalnym, wstrząsającym filmie Ireny Kamieńskiej. Wymizerowane, smutne, zrezygnowane i zarazem zbuntowane przeciwko nieludzkim warunkom pracy i wyzyskowi zarządzających fabryką przemysłowców rodem z Ziemi obiecanej Wajdy, opowiadają o warunkach pracy niezmiennych od stulecia.

Kiedy w 1981 zbuntowały się znowu szpularki w Żyradowie i wywołały kolejny w historii miasta strajk, z powodu urągających BHP warunków pracy, katastrofalnych zarobków i braku jedzenia na kartki, zarządzać nim mieli w opinii publicznej mężczyźni. W komitetach strajkowych, jak pisał o tym Adam Leszczyński w artykule Bunt głodnych kobiet (2005) kobiety pełniły funkcje skarbniczek i sekretarek, wydawały przepustki, protokołowały obrady i pilnowały stanu związkowej kasy. W Komisji Zakładowej Solidarności było ich tylko kilka, chociaż stanowiły 80% załogi Zakładów Przemysłu Lniarskiego. Henryk Wujec uważał, że to dlatego, że chociaż kobiety często nawet inicjowały strajki, decydując o ich charakterze, rotacyjnym czy okupacyjnym, kiedy przychodziło do tworzenia reprezentacji, „wypychały mężczyzn”. Kiedy w 1981 roku odmówiły powrotu do pracy, zastanawiał się Wałęsa i Komisja Solidarności w Gdańsku: „Co zrobić z tymi kobietami?”.

Szpularki były niezależne, odważne i najczęściej zostawione same sobie. Niechętnie przyjmowały w XIX wieku instrukcje od inteligentek socjalistek, kiedy z powodu braków edukacyjnych nie mogły mieć swojej politycznej reprezentacji. Nie miały jej i długo potem, w 1905 roku, i w międzywojniu, i w PRLu, nie mają jej w należytej formie i dziś.

W projekcie Szpularnia strajk szpularek mógłby więc stanowić synekdochę buntu kobiecego i ich emblematycznej sytuacji społecznej. W spektaklu teatralnym, który stanowić ma kolejną odsłonę naszej „pracy w procesie” i w którym nasze orientacje kulturowe wyznaczą ramy konfliktów, będziemy aktorkami i aktorami społecznymi ujawniającymi swój własny stosunek do historii i teraźniejszości szpularek, kobiet dumnych, niezależnych, ale uciskanych przez patriarchat, kapitalizm, neoliberalizm i Kościół. Zagramy zatem role społeczne szpularek, matek, żon, kochanek, proletariuszek umysłowych, które nie godzą się na zawłaszczanie przez męski dyskurs ich rewolucji.

Alain Badiou powiada, że emancypacyjna polityka społeczna jest zawsze komunistyczna, bo zwrócona w stronę niezrealizowanego potencjału. To niebezpieczna utopia silnych mężczyzn, którzy w efekcie konstruują proces męskiego pragnienia władzy, łatwo przeistaczający się w dyktaturę ideologicznych ograniczeń. Kobiece zmienianie historii polega zaś na generowaniu pragnień, które inni także mogą rozpoznać jako swoje. Kobieca walka sterowana pragnieniem wolności jest więc pragmatyczna, bo szuka swojego jouissance w siostrzeństwie, w solidarności, miłości i empatii, współodczuwaniu, w procesie pozyskiwania nowych sojuszników/sojuszniczek i w wierze w skuteczny performatyw „walczących słów” (jak np. „wypierdalać”) w przeciwieństwie do jouissance męskiej rewolucji, która często sublimowana symbolicznie zamienia się w realną agresję.

Projekt Szpularnia performując społeczną kobiecą tożsamość przywraca szpularkom realny głos, bo jego scenariusz pisany jest w oparciu o kobiece opowieści. Ożywiamy zatem pamięć żyrardowskich szpularek, przekraczając granice heterotropii w sojuszu niezależnych proletariuszy i proletariuszek umysłowych: odważnej, eksperymentalnej reżyserki, niezależnej grupy feministycznej artystycznej Teraz Poliż, prawnuczki i wnuczki żyrardowskiej szpularki, niezależnego dramaturga i feministki badaczki, która wierzy w sztukę opartą na organicznym instynkcie społecznym.

„Tkwiący we mnie instynkt społeczny rozdzielił mnie ze światem zawodowych artystów, a zwłaszcza z ich protektorami. Zbyt mało miałam kultury towarzyskiej i wyrobienia życiowego, abym umiała zamaskować nagły poryw do ideałów rewolucji robotniczej, która w tym czasie rozgorzała… A byłam zbyt biedna i skromna, aby świat panujący chciał tolerować mnie w swych szeregach z moją gorącą solidarnością i oddaniem klasie walczącej. Zostałam więc zignorowana i wypchnięta z ekskluzywnego koła kandydatek do sławy i stanowiska. A przecież zamiłowanie artystyczne nie wygasło we mnie i to była zawsze jedyna dziedzina pracy, która dawała mi pełnię zadowolenia” – pisała w dwudziestoleciu międzywojennym pisarka, działaczka polityczna, twórczyni sceny robotniczej i robotniczego wydawnictwa, tłumaczka, Antonina Sokolicz, której myśl teatralna jest i dziś więcej niż nowoczesna i aktualna.

Wierzę zatem w społeczną siłę niezależnego teatru, w obraz i rytm z jego magiczną zmysłową mocą partycypacji w relacji z widzem i powtarzającą się refrenicznie historią. „Jeśli nie mogę tańczyć, to nie jest to moja rewolucja” – krzyknęła Emma Goldman, kiedy jakiegoś działacza oburzył jej taniec na anarchistycznym przyjęciu jako niestosowne zachowanie w walce z systemem. Tańczmy i walczmy więc w teatrze życia codziennego, w miejscach alternatywnych, na ulicach, placach, miejskich i wiejskich ośrodkach, drogach, i na bezdrożach, i wszędzie tam, gdzie nas zaproszą.